O cykliczności. Męskim okiem.

kolorowe jesienne liście

Udostępnij ten artykuł

Facebook
X
WhatsApp
LinkedIn
Email

Przez znaczną część dorosłego życia byłem zaprogramowany do skutecznego działania. Teraz się mówi “do dowożenia”. Jak wielu mężczyzn wychowanych w świecie, w którym wartość mierzy się efektywnością, odpornością i zdolnością do działania mimo wszystko. Masz wstać, zrobić swoje, ogarnąć sprawy, udźwignąć ciężar – niezależnie od nastroju, osłabienia czy wewnętrznego chaosu, który akurat domaga się uwagi.

W tym modelu mężczyzna ma być zawsze gotowy. Sprawny, dostępny, funkcjonalny. Trochę jak narzędzie, które nie ma prawa się stępić ani zepsuć, bo od tego narzędzia ktoś czegoś oczekuje. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek próbuje być narzędziem przez całe życie, zapominając, że w przeciwieństwie do maszyn – działamy w cyklach.

Cykliczność długo była dla mnie pojęciem abstrakcyjnym. Coś z podręczników biologii albo duchowych książek, które dobrze się czyta, ale trudniej stosuje. Dopiero kiedy wyprowadziłem się z miasta, do górskiego przysiółka w Beskidzie Żywieckim, zobaczyłem ją naprawdę. W ziemi, która nie rodzi cały czas. W ciele, które ma swoje momenty siły i momenty zmęczenia. W naturze, która bez żadnych negocjacji przechodzi przez fazy wzrostu, obfitości, obumierania i regeneracji.

Nie da się być wiosną przez cały rok.
I nie da się żyć sensownie, udając, że cykliczność nas nie dotyczy.

Uczę się od kobiet. Od mądrych kobiet, które czują swoje ciało i wiedzą, że są okresy sprzyjające płodności i rozwojowi oraz takie, które naturalnie zapraszają do oczyszczenia, wycofania i troski o siebie. Które wiedzą, że są momenty działania i momenty odpoczynku, karmienia i bycia karmioną, dawania i zbierania sił – i że żaden z tych etapów nie jest gorszy.

My, mężczyźni, przez pokolenia byliśmy trenowani w czymś zupełnie innym. W ignorowaniu sygnałów. W wypieraniu zmęczenia, lęku i niepewności. W dźwiganiu ciężarów tak długo, aż pęknie kręgosłup. A kiedy nie umiemy poradzić sobie z emocjami, których nikt nas nie nauczył rozpoznawać, często próbujemy je zagłuszyć. Alkoholem, pracą, ambicją, autodestrukcyjnymi nawykami, które na chwilę dają ciszę w głowie, ale nie przywracają równowagi.

Ludzie żyjący z ziemi wiedzą coś, co my – mieszczuchy – musimy sobie na nowo przypomnieć. Że cykliczność wymaga dostosowania, szacunku i pokory. Że nie każdy rok jest urodzajny i nie każdy czas sprzyja wzrostowi. Że zasoby są skończone, a potrzeby trzeba umieć trzeźwo oceniać. I że pieniędzy nie zabierzemy do grobu, więc jeśli wystarczy – to naprawdę wystarczy.

Cykliczność odsłania też głębszy wymiar różnicy w energii. Energia kobieca jest energią dawania życia i troski o nie – karmienia, wspierania wzrostu, podtrzymywania ciągłości. Energia mężczyzn przez wieki była kierowana inaczej. Co dwa–trzy pokolenia ktoś wysyłał nas na wojnę, każąc zabijać w imię idei, granic albo cudzych interesów. 

Dobrą wiadomością jest to, że coraz więcej mężczyzn zaczyna szukać równowagi. Uczyć się. Przestaje być jednowymiarowymi. Jeszcze niedawno zajmowanie się dziećmi uchodziło za ujmę dla męskości, dziś wielu mężczyzn chce i potrafi być obecnym ojcem, nie tylko dostarczycielem środków.

Może warto być wdzięcznym kobietom za to, że „odebrały” nam część dawnych ról. Że wzięły częsc tego ciężaru. Dzięki temu otworzyła się przestrzeń, w której możemy poszukać w sobie delikatności, czułości i uważności – bez wstydu i bez lęku, że ktoś nam odbierze męskość.

Pracując z ciałem widzę bardzo wyraźnie, jak głęboko cykliczność jest w nas zapisana. Ciało nie funkcjonuje liniowo. Nie da się go zmusić do ciągłej gotowości ani oszukać planem dnia. Ono pamięta, kiedy było za dużo, a kiedy za mało. Kiedy potrzebuje dotyku, a kiedy przestrzeni. 

Na Molusiówce widzę to codziennie – w glebie, w zwierzętach, w rytmie dnia i nocy, ale też w sobie. W tym, że czasem najlepszą decyzją jest nic nie robić, a czasem zrobić dokładnie tyle, ile trzeba. Ani więcej, ani mniej.

Być może właśnie tego uczymy się dziś jako mężczyźni: że nie zawsze trzeba dowozić za wszelką cenę. Czasem trzeba odpuścić, żeby w ogóle mieć do czego wrócić w kolejnym cyklu.

Bo reszta – jak wszystko w naturze – wraca w swoim czasie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

INTUI to przestrzeń transformującego dotyku, rozluźnienia i spotkania ze sobą bez pośpiechu i bez oceny. Tantryczna praca z ciałem to nie usługa – to ceremonia.

W Bielsku-Białej lub w Osadzie Molusiówce w otoczeniu gór i lasu Beskidu Żywieckiego.

KONTAKT
I REZERWACJE

Kuba siedzący po turecku

INTUI STUDIO

Skontaktuj się z Jakubem aby umówić sesję. Nie umawiamy masaży w ten sam dzień.

Płatność tylko gotówką.

Plac Opatrzności Bożej 20/6,
Bielsko-Biała

jakub.intui.studio@gmail.com

+48 783 832 461
(najlepiej wysłać mi SMS)

Kuba siedzący po turecku