W październiku 2025 zorganizowałem na Molusiówce spotkanie masażowe dla znajomych ze środowiska tantrycznego. Pomysł wziął się stąd, że jest wiele możliwości podnoszenia swoich umiejętności na różnego rodzaju szkoleniach czy warsztatach, ale nie ma zbyt wielu okazji, żeby po prostu spotkać ludzi dzielących tę samą pasję. Pomasować się, wymienić doświadczeniami, pobyć razem. Bez prowadzenia, bez elementu szkolenia.
My z Adą zapewniliśmy miejsce, ramy spotkania i zorganizowaliśmy wyżywienie. I poszło.
Były piękne sesje masażowe, bliskość natury, nowe inspiracje, spacer nad górską rzekę połączony z morsowaniem, taniec, ceremonia cacao i kąpiel w gorącej balii.
Jednak to, co najbardziej zapadło mi w pamięć i stało się początkiem nowej drogi, wydarzyło się podczas wspólnej wieczornej medytacji prowadzonej przez Adę.
Poprowadziła mnie na spotkanie z wewnętrznym przewodnikiem. Wcześniej nie czułem się gotowy do prowadzenia czegokolwiek dla grupy. Stresowało mnie to i było poza moim zasięgiem. W medytacji spotkałem na leśnej polanie starszego mężczyznę, który powiedział tylko:
„Jesteś gotowy.”
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, do czego miałbym być gotowy, ale z każdym kolejnym dniem coraz mocniej czułem, że chodzi o dzielenie się moim doświadczeniem, prowadzenie grup i tworzenie społeczności wokół naszej górskiej przestrzeni.
Temat kiełkował przez kilka miesięcy. Przyglądałem mu się, a później zapisałem się na szkolenie z ustawień rodzinnych i intencji oraz kurs moderatorów męskich kręgów. O ustawieniach i kręgach jeszcze napiszę – to całe bogactwo doświadczeń.
Tamto spotkanie było początkiem. To, o czym chcę napisać dzisiaj, wydarzyło się kilka miesięcy później.
Bogatszy o doświadczenia z pierwszej edycji, postanowiłem zorganizować kolejne spotkanie masażowe. Tak się jakoś poukładało, że większość osób, które przyjęły zaproszenie, miała niewielkie doświadczenie w dawaniu masaży tantrycznych. Przestrzeń poprowadziła nas trochę inaczej niż planowaliśmy i trzeba było stanąć przed grupą, wprowadzić uczestników w podstawy pracy z ciałem. I tak ze “spotkania” zrobił się całkiem intensywny warsztat.
Zaczęliśmy od kręgu. Wiadomo – teraz krąg zaczyna już prawie wszystkie wydarzenia. Pozwala powiedzieć, z czym się jest, jakie ma się doświadczenia, intencje na to spotkanie i z czym chce się popracować. Zaprosiliśmy z Adą uczestników do podzielenia się swoją sytuacją relacyjną. To ważny element dający od początku przejrzystość w tym, jak wchodzimy ze sobą w interakcje.
Pierwszy dzień, a właściwie wieczór upłynął na ćwiczeniach związanych z rozpoznawaniem, komunikowaniem i pilnowaniem granic w dotyku. Bez tej części nie wyobrażam sobie żadnych warsztatów masażowych. Pracowaliśmy na Kole Zgody, rozpoznawaliśmy różnicę między dotykiem dającym i biorącym, ćwiczyliśmy wychwytywanie momentów przekraczania granic. Do ćwiczeń, które poznałem wcześniej na szkoleniach, dołożyłem też własne – dotyczące pilnowania granic osób dających masaż.
A potem kolacja i moczenie się w gorącej balii z widokiem na niebo. Ach.
Drugi dzień zaczął się od porannej zaprawy ruchowej połączonej z medytacją i tańcem. Potem wspólne śniadanie i demo masażu z omówieniem. To była zdecydowanie moja ulubiona część. Mniej teorii, więcej praktyki i dzielenia się doświadczeniem. Bardzo wspierały mnie Ada i Irenka. Mogły dopowiedzieć rzeczy, które mi umknęły i poszerzyć całość o kobiecą perspektywę.
Następnie przeszliśmy do sesji masażowych. Mężczyźni dawali masaże kobietom, a ja prowadziłem sesje – podpowiadałem ruchy, przypominałem o oddechu, intencji i kierowaniu uwagi. Mimo wcześniejszych obaw, jak sobie poradzę z prowadzeniem grupy, czułem się bardzo swobodnie. Najbardziej zdziwiło mnie to, że nie musiałem niczego grać ani udawać. Czułem, że jestem u siebie. Mogę być autentyczny z tym, co umiem, a czego nie umiem. Mogę po prostu dzielić się swoim doświadczeniem. I nagle okazało się, że prowadzenie przychodzi mi naturalnie.
Po zakończeniu pierwszych sesji był czas na odpoczynek, integrację i lekki obiad, a później role się odwróciły i mężczyźni przyjmowali dotyk.
To, co było dla mnie ważne – żeby wszyscy byli obecni, żeby przestrzeń dawania i przyjmowania dotyku była jasno zakomunikowana i trzymana. Żeby było w tym jak najwięcej swobody, lekkości i radości ze spotkania, a jak najmniej napięcia. Starałem się prowadzić sesje tak, żeby pilnowanie poprawności ruchów nie przykryło tego, co najważniejsze – kontaktu, płynności i uważności na osoby przyjmujące. To się pięknie udało. Po sesjach u uczestników zauważyłem wzruszenie, radość z bliskiego kontaktu, przyjemność z dotyku i satysfakcję z dobrze danej sesji
Nie wiem do końca, jak udało nam się to wszystko zmieścić w jednym dniu, ale po kolacji zorganizowaliśmy jeszcze spotkanie, podczas którego mogliśmy wejść w interakcje z innymi osobami. Część doświadczenia odbywała się z zasłoniętymi oczami, co naturalnie przenosiło uwagę bardziej w stronę innych zmysłów i odczuwania.
Kilka słów o jedzonku.
Karmiła nas Ada – z radością, oddaniem i wykorzystując różne nasze molusiówkowe frykasy: jajka od własnych kur, pesto z czosnku niedźwiedziego, swojskie dżemy i konfitury. Było lekko, wegetariańsko i ze smakiem.
Bardzo cenne było dla mnie to, że właściwie wszyscy angażowali się w przygotowanie posiłków i sprzątanie. Nikt niczego nie ustalał, nie rozpisywał dyżurów, jakoś wszystko przychodziło naturalnie.
W przeciwieństwie do poprzednich dni, niedziela była już spokojniejsza i bardziej przeznaczona na bycie ze sobą i swoimi potrzebami. Część grupy odpoczywała, część poszła na spacer, ktoś jeszcze się masował, ktoś siedział z kawą i po prostu patrzył na góry.
Później przyszedł czas na kończący krąg, gdzie można było podzielić się wrażeniami i jeszcze raz spojrzeć na swoją początkową intencję – już z perspektywy końca spotkania. Miałem poczucie, że wyjazd na Molusiówkę i wyjście z codziennego otoczenia pozwoliły naszym gościom przyjrzeć się sobie i swoim tematom trochę z boku. We wspierającej, obecnej grupie udało się te swoje historie objąć, a trudne emocje rozbroić.
Potem wspólny pożegnalny obiad i każdy ruszył z powrotem do swojej codzienności, zabierając ze sobą trochę Molusiówki. Niektórzy zabrali naszą maść do masażu według własnej receptury z tajnym składnikiem z molusiowego lasu. Ktoś wyjechał ze słoikiem pesto z czosnku niedźwiedziego. Ja z kolei dostałem od Patryka przepiękną kolorową nepalską bluzę. Zachwycałem się nią, a on po prostu mi ją podarował. Wzrusz.
Nasze pierwsze warsztaty utwierdziły mnie w decyzji, że chcę iść dalej tą drogą. Że nasze miejsce dobrze się do tego nadaje i że możemy tworzyć przestrzeń dla ludzi, którzy chcą się rozwijać, pracować ze sobą i spotykać się z innymi w dobrej energii.
No i jeszcze coś.
Że nie trzeba być gotowym na sto procent. Czasem wystarczy usłyszeć: „Jesteś gotowy.”

