Ile we mnie jest niepodległego mężczyzny?
O drodze od zależności, przez autonomię, do wolności świadomego współtworzenia.
To pytanie towarzyszy mi od długiego czasu. Czym właściwie jest męska niepodległość? Czy oznacza niezależność od innych, samodzielność w podejmowaniu decyzji, zdolność do stawiania granic i życia na własnych zasadach? A może prawdziwa wolność zaczyna się dopiero wtedy, gdy nie musimy już nieustannie udowadniać sobie i światu, że jesteśmy niezależni?
Nie mam na te pytania jednoznacznych odpowiedzi, ale moja własna droga pozwala mi spojrzeć na nie z kilku różnych perspektyw.
Od zależności do autonomii
Moja droga do niepodległości nie zaczęła się od wolności. Przez znaczną część życia funkcjonowałem w różnych zależnościach, nie zawsze potrafiąc rozpoznać, gdzie kończą się oczekiwania innych, a zaczynają moje własne potrzeby, pragnienia i decyzje.
Zależność nie zawsze musi oznaczać przymus czy jawne podporządkowanie. Czasem przybiera znacznie subtelniejsze formy, wpisując się w nasze przekonania o tym, jakimi powinniśmy być ludźmi, partnerami, ojcami czy mężczyznami. Bywa, że przez lata realizujemy scenariusze, których sami świadomie nie wybraliśmy, a ich obecność dostrzegamy dopiero wtedy, gdy zaczynamy zadawać sobie pytania o własne potrzeby i granice.
Wydobywanie się z tych zależności, odzyskiwanie sprawczości, prawa do decydowania o sobie, wyznaczania własnych granic i podążania własną drogą było ważnym etapem mojego życia. Nie wydarzyło się to jednorazowo, nie było jednym przełomem, lecz procesem, w którym stopniowo uczyłem się rozpoznawać własne wybory i brać za nie odpowiedzialność.
I wiecie co? Lubię swoją autonomię. Lubię świadomość, że mogę wybierać, decydować i ponosić konsekwencje własnych decyzji, nie szukając zewnętrznego przyzwolenia na bycie sobą. Dobrze mi z tą niezależnością i nie czuję potrzeby, żeby z niej rezygnować tylko dlatego, że bliskość, partnerstwo czy wspólnota wymagają czasem kompromisów.
A jednak właśnie z tego miejsca zaczynam dostrzegać coś, co kiedyś nie było dla mnie tak oczywiste.
Wolność do rezygnowania z części własnej wolności
Coraz wyraźniej widzę, że prawdziwa niepodległość daje również możliwość świadomego rezygnowania z części własnej autonomii.
Nie dlatego, że muszę, że boję się odrzucenia, samotności czy konfliktu, ani dlatego, że potrzebuję czyjejś akceptacji. Mogę to zrobić dlatego, że chcę, ponieważ dostrzegam wartość w czymś, co mogę stworzyć wspólnie z drugim człowiekiem.
W partnerstwie, miłości, rodzinie, przyjaźni czy wspólnocie, których budowanie wymaga czasem odłożenia własnych potrzeb, ustąpienia, kompromisu, a niekiedy nawet świadomego oddania komuś innemu części decyzyjności. Nie jako aktu podporządkowania, ale wyrazu zaufania i gotowości do współtworzenia.
I tu pojawia się dla mnie fascynujący paradoks: zależność, z której kiedyś potrzebowałem się wyzwolić, i współtworzenie, które dzisiaj mogę świadomie wybrać, z zewnątrz mogą wyglądać podobnie, choć wewnętrznie dzieli je przepaść.
Czym innym jest podporządkowanie wynikające z braku wolności, a czym innym dobrowolne zobowiązanie, które z tej wolności wyrasta.
Kiedyś ustępstwo mogło wynikać z trudności w postawieniu granicy, dzisiaj może być świadomą decyzją, podjętą właśnie dlatego, że tę granicę znam i potrafię jej bronić. Kiedyś zgoda mogła być sposobem na uniknięcie konfliktu, dzisiaj może oznaczać autentyczną gotowość do współpracy, nawet jeśli wymaga ode mnie zmiany własnych planów czy oczekiwań.
Nie chodzi więc o to, żeby porzucić niezależność na rzecz relacji, ale żeby nie stać się więźniem własnej potrzeby niezależności.
Siła, która nie musi się bronić
Uczę się, że można być silnym i miękkim jednocześnie, mieć wyraźne granice i świadomie je otwierać, odpuszczać bez poczucia przegranej, pozostawać niezależnym, a jednocześnie pozwalać sobie na bliskość, zaufanie i współtworzenie.
Coraz bardziej interesuje mnie też pytanie, ile w naszej deklarowanej niezależności jest rzeczywistej wolności, a ile reakcji obronnej na wcześniejsze doświadczenia zależności. Czy zawsze wtedy, gdy mówię „sam zdecyduję”, rzeczywiście dokonuję wolnego wyboru? A może czasem odzywa się we mnie stary mechanizm, który każe mi chronić autonomię nawet tam, gdzie nikt jej nie zagraża?
To niełatwe rozróżnienie, szczególnie kiedy niezależność została zdobyta dużym wysiłkiem i stała się ważną częścią naszej tożsamości. Można przecież tak mocno przywiązać się do odzyskanej wolności, że każdą propozycję współpracy, kompromisu czy zobowiązania zaczniemy odczytywać jako próbę jej ograniczenia.
A przecież umiejętność świadomego oddania części własnej swobody nie musi oznaczać utraty siebie. Przeciwnie, może świadczyć o tym, że znam siebie wystarczająco dobrze, by nie obawiać się, że każda bliska relacja czy wspólna decyzja zagrozi mojej tożsamości.
Nie oznacza to oczywiście, że każda rezygnacja z własnych potrzeb jest dobra, a każdy kompromis służy relacji. Świadome współtworzenie wymaga wzajemności, szacunku dla granic i możliwości powiedzenia „nie”. Bez tego łatwo pomylić dobrowolne zobowiązanie z kolejną formą podporządkowania.
Niepodległość jako proces
Coraz mniej interesuje mnie niepodległość rozumiana jako stan, który trzeba osiągnąć i potem za wszelką cenę chronić, a coraz bardziej jako żywy proces rozpoznawania, kiedy moje decyzje płyną z wolności, a kiedy z lęku, przyzwyczajenia, potrzeby kontroli czy obrony własnego ego.
Nie postrzegam już niezależności i współzależności jako przeciwieństw, między którymi muszę dokonać ostatecznego wyboru. Widzę je raczej jako dwa wymiary dojrzałej wolności, w której potrafię zarówno stanąć po swojej stronie, jak i świadomie zaangażować się w coś, co wykracza poza moje indywidualne potrzeby.
Być może właśnie na tym polega dla mnie dzisiaj dojrzewanie do męskiej niepodległości: nie na coraz większym dystansowaniu się od innych, lecz na zdolności do pozostawania sobą również wtedy, gdy jestem blisko, gdy współpracuję, gdy kocham, gdy przyjmuję odpowiedzialność za coś wspólnego.
Nie mam gotowych odpowiedzi i nie traktuję tych refleksji jako uniwersalnej recepty na męskość. To raczej opis miejsca, w którym obecnie jestem, i pytań, które wciąż sobie zadaję.
Czy jestem na tyle wolny, żeby świadomie wybrać, z kim i co chcę współtworzyć, czemu chcę się poświęcić i z jakiej części własnej swobody jestem gotów zrezygnować, nie tracąc przy tym siebie?

