Reportaż, do którego odnoszę się w tym tekście:
Jola Szymańska-Koperniak, „Masaż na traumę, czyli jak udałam się na terapeutyczny dziki zachód” — magazyn Obiektyw
https://obiektyw.org.pl/psychoterapia-terapia-traumy-bezpieczenstwo-pacjentow/
Kilka dni temu napisałem post na temat reportażu Joli Szymańskiej-Koperniak. Stanąłem w obronie człowieka, którego znam i którego sposób pracy został moim zdaniem pokazany w reportażu w sposób uproszczony i krzywdzący. Po weekendzie poświęconym na odpowiadanie na komentarze i skupieniu na tym temacie poczułem, że to moje maksimum. Napisałem to, co chciałem na ten temat napisać, poświęciłem temu wystarczająco dużo uwagi.
Dziękuję wszystkim, którzy zaangażowali się w dyskusję pod nim. Zarówno tym, którzy się ze mną zgadzali, jak i tym, którzy mieli inne zdanie. Starałem się prowadzić tę dyskusję tak, żeby nie wykopywać toporów wojennych, a każda strona sporu miała możliwość zapoznania się z argumentami strony przeciwnej. Zaskoczył mnie zasięg posta i ożywiona dyskusja, która się pod nim odbyła. Miałem odłożyć temat ad acta, ale historia ma swój dalszy ciąg i zdecydowałem się napisać kolejny tekst.
Na youtubowym kanale Lepszy Klimat pojawiła się rozmowa z autorką reportażu:
Tym razem nie będę odnosił się do konkretnych zarzutów wobec Piotra Bednarczyka. Podzielę się raczej refleksjami, które częściowo pojawiły się po przeczytaniu reportażu, a częściowo po wysłuchaniu wywiadu z autorką.
1. MANTRA „POTWIERDZONE NAUKOWO”
Mam wrażenie, że słowo „nauka” zaczyna czasem pełnić funkcję pieczątki kończącej rozmowę. Metoda jest „potwierdzona naukowo” albo „niepotwierdzona naukowo”.
Tymczasem „mamy mocne dowody, że coś działa”, „mamy pierwsze obiecujące wyniki, ale za mało dobrych badań”, „nie udało się wykazać skuteczności” i „mamy dowody, że coś nie działa” to zupełnie różne zdania.
Weźmy przytoczony w reportażu Somatic Experiencing. Zostaje tam nazwany podejściem niepotwierdzonym naukowo, a nawet dosadniej — „pseudonauką”. Tymczasem istnieje między innymi randomizowane badanie kliniczne 63 osób z PTSD, w którym po 15 sesjach SE stwierdzono istotną poprawę objawów PTSD a także mierzonych w badaniu objawów depresyjnych.
https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/28585761
Jeszcze ciekawiej zrobiło się, kiedy zacząłem szukać badań nad ustawieniami rodzinnymi. Przegląd systematyczny z 2021 roku objął 12 badań, 10 niezależnych prób i 568 uczestników. Większość badań wykazywała poprawę, a metaanaliza części z nich pokazała umiarkowany efekt. I znowu: autorzy sami podkreślają, że liczba badań jest niewielka, a jakość dowodów niska. W części badań obserwowano również negatywne efekty u niewielkiej części uczestników.
Czyli nie: „ustawienia zostały naukowo udowodnione”. Ale również nie: „nauka wykazała, że ustawienia nie działają”. Na razie po prostu wiemy za mało.
https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/33528854
I tutaj mam propozycję. Może zamiast kolejnej wojny zwolenników ustawień z ich przeciwnikami po prostu je zbadajmy? Serio.
Jeżeli czytają mnie naukowcy zajmujący się psychoterapią, psychologią albo metodologią badań i zainteresowałby Was taki projekt — nie czekajcie, temat jest bardzo aktualny i gorący. Porządna metodologia. Grupa kontrolna. Zwalidowane narzędzia. Follow-up. Badacze niezależni od prowadzących ustawienia. Publikacja wyniku niezależnie od tego, jaki będzie. Jeżeli okaże się, że ustawienia nie działają — wielu chce to wiedzieć. Jeżeli okaże się, że działają — też warto wiedzieć.
Ale jest tu jeszcze jedna rzecz, która mnie zastanawia. Krytycy ustawień często wrzucają je do jednego worka z „metodami psychoterapeutycznymi”. Tymczasem sprawa nie jest taka oczywista. Ustawienia wyrosły z doświadczeń psychoterapeutycznych Berta Hellingera i część literatury naukowej rzeczywiście określa je jako „family constellation therapy”. Jednocześnie szkoła Hellingera sama podkreśla, że ustawienia nie są metodą psychoterapii, lecz odrębną formą pracy. Franz Ruppert poszedł jeszcze inną drogą, rozwijając własną koncepcję pracy z traumą, tożsamością i intencją — IoPT i metodę intencji.
Dla jednych ustawienie będzie narzędziem pozwalającym spojrzeć na własne relacje i schematy z innej perspektywy. Dla innych głębokim doświadczeniem emocjonalnym. Dla jeszcze innych doświadczeniem ocierającym się o duchowość czy metafizykę. Można oczywiście pytać, czy wyjaśnienia dotyczące tego, dlaczego podczas ustawienia dzieją się pewne rzeczy, mają podstawy naukowe. Sam mam tutaj więcej pytań niż odpowiedzi.
Ale mam też inne: czy psychoterapeuta, który prowadzi ustawienia, automatycznie dopuszcza się nadużycia? A jeśli prowadzi je poza procesem psychoterapii i jasno mówi uczestnikom: „to nie jest psychoterapia, nie zastępuje leczenia i nie jest metodą o dobrze potwierdzonej skuteczności klinicznej”? Czy wtedy nadal problemem jest samo to, że człowiek prowadzący ustawienie jest również psychoterapeutą?
Bo jeżeli tak, to chciałbym wiedzieć, gdzie dokładnie przebiega granica. Czy psychoterapeuta może prowadzić medytację? Pracę z oddechem? Warsztat rozwojowy? Krąg? Retreat? Pracę z metaforą? Praktykę duchową? A jeśli może — dlaczego akurat ustawienie miałoby być z definicji nadużyciem?
Może więc problemem nie jest samo narzędzie, tylko to, jak zostaje przedstawione, w jakim kontekście jest używane, jakie obietnice składa prowadzący, czy uczestnik wie, na co się zgadza i czy metoda nie zastępuje pomocy, której naprawdę potrzebuje. To wydaje mi się znacznie ciekawszą rozmową niż przyklejenie etykiety „nienaukowe” i uznanie sprawy za zamkniętą.
2. A CO, JEŚLI „POTWIERDZONA NAUKOWO” PSYCHOTERAPIA NIE DZIAŁA?
Skoro przykładamy ten mikroskop do metod spoza głównego nurtu, odwróćmy go na chwilę i zapytajmy: jak często nie działa psychoterapia, którą już uznaliśmy za „potwierdzoną naukowo”?
Istnieje cała literatura dotycząca pacjentów, którzy mimo terapii nie uzyskują istotnej poprawy. Istnieją też badania pogorszenia podczas psychoterapii. W metaanalizie 18 badań dotyczących depresji mediana klinicznie istotnego pogorszenia wynosiła około 4%.
I uwaga — bo bardzo łatwo byłoby teraz zrobić dokładnie tę samą manipulację w drugą stronę i napisać: „Naukowa psychoterapia szkodzi pacjentom!”.
Ta sama metaanaliza pokazała, że psychoterapia znacząco zmniejszała ryzyko pogorszenia w porównaniu z grupami kontrolnymi — o 61%. Czyli tak sformułowane zdanie byłoby manipulacją. Ale terapia nie pomaga wszystkim, a u niektórych osób podczas terapii pojawia się pogorszenie stanu zdrowia psychicznego. To również jest fakt, o którym warto mówić, pamiętając jednocześnie, że samo pogorszenie podczas terapii nie oznacza, że zostało przez nią spowodowane.
https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/30005327
Dlatego interesuje mnie pytanie: czy równie chętnie badamy ludzi, którym certyfikowana psychoterapia nie pomogła albo którzy doświadczyli w niej szkody?
I tutaj ciekawy przykład podaje w podcaście sama Jola Szymańska-Koperniak. Przywołuje reportaż Wirtualnej Polski o pacjentce z depresją lekooporną. WP dysponowała nagraniami, na których terapeuta krzyczy, używa wulgaryzmów, przedrzeźnia pacjentkę i kwestionuje jej odczucia.
Nie był certyfikowanym psychoterapeutą, więc nie zamierzam naginać faktów pod własną tezę. Był natomiast psychologiem po SWPS, w trakcie formalnego szkolenia psychoterapeutycznego w Instytucie Psychologii Procesu i miał uprawnienie szkoły do pracy z klientami pod nadzorem. Istniała też komisja etyczna, do której pacjentka złożyła skargę.
Ten przypadek można potraktować jako argument za lepszą regulacją i skuteczniejszym systemem odpowiedzialności. Ale pokazuje też coś jeszcze: dyplom, szkoła psychoterapii, superwizja i komisja etyczna nie tworzą magicznej granicy, za którą pacjent jest już bezpieczny.
https://wiadomosci.wp.pl/staram-sie-pokonac-twojego-demona-7325018107644000a
3. CO WŁAŚCIWIE UDOWADNIA REPORTAŻ?
I teraz wróćmy do reportażu Joli Szymańskiej-Koperniak. Autorka zebrała historie osób mających negatywne doświadczenia z terapeutami. Na tej podstawie wybrała trzy osoby, stworzyła fikcyjne historie własnych problemów, poszła do nich jako klientka i potajemnie nagrała spotkania. Zastanawia mnie: co właściwie taki eksperyment pozwala stwierdzić?
Odwróćmy go. Zbieram kilkadziesiąt historii ludzi, którzy czują się skrzywdzeni przez certyfikowanych psychoterapeutów. Na ich podstawie wybieram trzech terapeutów. Wymyślam trzy historie swoich problemów, idę incognito i nagrywam spotkania. Potem daję nagrania ekspertom krytycznym wobec reprezentowanych przez nich nurtów i wybieram najbardziej niepokojące fragmenty. Publikuję: „Poszedłem do certyfikowanych psychoterapeutów. Naruszyli moje granice/skrzywdzili mnie”.
Czy właśnie udowodniłem, że certyfikowana psychoterapia jest niebezpieczna? Oczywiście, że nie. Reportaż nie jest badaniem naukowym i nie musi nim być. Ale jeżeli powołujemy się na naukę, warto przestrzegać jednej z jej podstawowych zasad: nie wyciągać z danych większych wniosków, niż te dane pozwalają wyciągnąć.
4. CLICKBAIT I SIŁA KONTEKSTU
Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie uwiera. Clickbait. Reportaż był promowany w mediach społecznościowych autorki między innymi komunikatem: „Psychoterapeuta masował mi stopy”. Czy to kłamstwo? Nie. Ale wystarczy wyjąć jeden prawdziwy element z kontekstu i podać go tak, żeby odbiorca sam dopowiedział sobie resztę.
Psychoterapeuta masował mi stopy. Po co? W jakim kontekście? Czy zapytał o zgodę? Czy ją otrzymał? Jaką funkcję miała praca z ciałem? Nagłówek tego nie potrzebuje. Ma zrobić swoje.
Mógłbym zastosować dokładnie ten sam mechanizm i zrobić grafikę: „DZIENNIKARKA SZKODZI LUDZIOM W KRYZYSIE PSYCHICZNYM”. Mógłbym napisać, że Piotr pomógł mnie i wielu innym osobom, a negatywny reportaż może zniechęcić kolejnych ludzi do skorzystania z jego pomocy.
Czy wobec tego dziennikarka szkodzi? Nie wiem. Nie mam podstaw, żeby tak stwierdzić. Być może ktoś dzięki temu reportażowi uniknie złego doświadczenia. Być może ktoś inny zrezygnuje z terapii, która by mu pomogła. Dlatego nie napiszę „dziennikarka szkodzi ludziom w kryzysie psychicznym” jako oskarżenia.
Chociaż mógłbym wziąć kilka faktów, dołożyć możliwy, lecz nieudowodniony ciąg przyczynowo-skutkowy i zamknąć wszystko w emocjonalnym zdaniu, które zrobi zasięg, zanim ktokolwiek przeczyta wyjaśnienie.
Dziennikarz odpowiada przecież nie tylko za literalną prawdziwość poszczególnych zdań, ale również za kontekst. Za to, co pokazuje i czego nie pokazuje. Za ekspertów, których wybiera. Za zdjęcie, podpis, fragment nagrania i grafiki, które umieszcza w swoich mediach społecznościowych.
5. Z JAKIEGO MIEJSCA PATRZYMY?
W tym miejscu powinienem chyba powiedzieć coś również o sobie. Sam pracuję z ciałem i dotykiem, więc nie patrzę na tę dyskusję całkiem z zewnątrz. Wiem z własnej praktyki, jak ogromne znaczenie mają zgoda, granice, komunikacja i jasne powiedzenie człowiekowi, co właściwie robimy i po co. Wiem też, jak absurdalnie może zabrzmieć wyrwany z kontekstu opis pojedynczego elementu pracy z ciałem.
Gdyby ktoś opisał niektóre elementy mojej pracy jednym zdaniem i odpowiednio je zatytułował, prawdopodobnie też mógłbym zostać bohaterem „dzikiego zachodu”. Tylko że kontekst ma znaczenie.
Jednocześnie nie uważam własnego doświadczenia ani doświadczeń ludzi, z którymi pracuję, za naukowy dowód skuteczności jakiejkolwiek metody. To są dwie różne rzeczy. Człowiek może przeżyć podczas pracy z ciałem coś głębokiego, ważnego i zmieniającego jego sposób patrzenia na siebie, a ja nadal nie mam prawa na tej podstawie powiedzieć, że właśnie udowodniłem skuteczność kliniczną tej metody. Jeżeli ktoś chce tak twierdzić — niech pokaże badania.
I właśnie dlatego interesuje mnie oddzielenie wartości ludzkiego doświadczenia od twierdzeń naukowych na temat skuteczności. Nie muszę pierwszego deprecjonować tylko dlatego, że nie mam jeszcze dowodów na drugie.
Skoro powiedziałem, z jakiego miejsca sam patrzę na tę sprawę, wydaje mi się uczciwe zadać podobne pytanie dotyczące autorki reportażu.
Jola Szymańska-Koperniak publicznie opowiadała o własnym doświadczeniu przekroczenia granic — molestowaniu przez księdza, którego miała doświadczyć jako nastolatka, późniejszej próbie wyjaśnienia sprawy w strukturach Kościoła i swoim odejściu z niego. Publicznie opowiada również o własnych doświadczeniach psychoterapii.
Piszę o tym bardzo ostrożnie. Nie wiem, czy i jaki wpływ miało to na jej reportaż. Być może żaden. Być może własne doświadczenia sprawiają, że jest szczególnie wyczulona na przekraczanie granic i dostrzega rzeczy, które dla innej osoby byłyby niezauważalne. I właśnie tutaj rodzi się pytanie: na ile dziennikarz zajmujący się tematem tak mocno przecinającym się z jego własną historią powinien ujawnić odbiorcy, z jakiego miejsca na ten temat patrzy?
Jeżeli od terapeuty wymagamy świadomości własnych doświadczeń, projekcji i uprzedzeń, może warto oczekiwać podobnej autorefleksji od człowieka, który wchodzi incognito do jego gabinetu i później publicznie interpretuje to, czego tam doświadczył.
6. KTO BĘDZIE PILNOWAŁ PILNUJĄCYCH?
I wreszcie regulacja zawodu psychoterapeuty. Rozumiem argumenty za nią. Pacjent powinien wiedzieć, jakie kwalifikacje ma człowiek, któremu powierza swoje zdrowie psychiczne. Powinien móc je sprawdzić i powinien mieć dokąd zgłosić nadużycie. Ale regulacja robi również coś jeszcze: decyduje, kto może wykonywać zawód, kto może szkolić, kto egzaminować i kto pozostanie poza systemem.
A więc oprócz bezpieczeństwa pacjentów pojawiają się również interesy zawodowe, instytucjonalne i ekonomiczne. Organizacje psychoterapeutów od lat całkiem jawnie uczestniczą w pracach nad regulacją własnego zawodu. Polska Rada Psychoterapii opisuje prace prowadzone od 2011 roku i finansowanie ich przez należące do niej organizacje. Trudno pisać ustawę o psychoterapeutach bez udziału psychoterapeutów. Ale równie nierozsądne byłoby udawanie, że regulowanie dużego rynku usług nie tworzy żadnych interesów.
Obecny projekt ustawy, druk sejmowy 1345, przewiduje między innymi samorząd zawodowy, rejestr psychoterapeutów, odpowiedzialność zawodową oraz regulację szkolenia i egzaminowania. Projekt nadal jest procedowany w Komisji Zdrowia, więc mówimy o proponowanym systemie, a nie o obowiązującym prawie.
https://www.sejm.gov.pl/
https://prp.org.pl/projekt-prp-ustawy-o-zawodzie-psychoterapeuty/
Dlatego bardziej od pytania „regulować czy nie regulować?” interesują mnie inne. Kto będzie ustalał kryteria? Na podstawie jakich dowodów? Kto będzie szkolił i egzaminował? Jak stworzyć system chroniący pacjentów, a jednocześnie zabezpieczyć go przed ochroną interesów istniejących organizacji zawodowych? Jak zapewnić, żeby struktura, która ma ustanawiać standardy, sama z czasem nie skostniała i pozostawiała przestrzeń na rozwój nowych podejść, jeśli w przyszłości pojawią się na ich rzecz dobre dowody?
I na koniec eksperyment myślowy. Dziennikarz również wykonuje zawód o ogromnej odpowiedzialności społecznej. Może jednym tekstem zbudować albo zniszczyć czyjąś reputację. Wybiera ekspertów, pytania, cytaty, zdjęcia i fragmenty nagrań. Dostaje dostęp do intymnych historii ludzi i kształtuje opinię tysięcy odbiorców.
Może więc dziennikarz również powinien ukończyć kilkuletnią szkołę, odbyć setki godzin praktyki, podlegać superwizji, zdać egzamin i zostać wpisany do rejestru?
Pani Jolu, jakie ma Pani uprawnienia do pisania reportaży śledczych i nazywania się dziennikarką? Pytanie retoryczne. Proszę nie odpowiadać.
Nie uważam, że dziennikarz potrzebuje certyfikatu, żeby być dziennikarzem. Ale skoro w tej dyskusji tak dużą wagę przywiązujemy do tego, żeby odbiorca mógł łatwo sprawdzić wykształcenie terapeuty, ukończone przez niego szkolenia, posiadane certyfikaty, akredytacje, a czasem nawet wiarygodność instytucji, która tej akredytacji udzieliła, to może warto zastosować tę zasadę szerzej.
Czy na kanałach, na których dziennikarz buduje swoją zawodową wiarygodność, równie łatwo znajdziemy informację o jego własnym wykształceniu, ukończonych szkoleniach i drodze zawodowej? Nie dlatego, że bez odpowiedniego dyplomu nie wolno mu zadawać pytań. Wolno. Ale dlatego, że transparentność jest bardzo dobrym standardem — szczególnie kiedy wymagamy jej od innych.
I pójdźmy o krok dalej. Jednym z argumentów za regulacją zawodu psychoterapeuty jest przecież to, że w przypadku nadużycia klient powinien mieć możliwość złożenia skargi do niezależnego organu, a stwierdzenie naruszenia standardów powinno pociągać za sobą realną odpowiedzialność zawodową.
Zastanawiam się więc, czy równie chętnie zgodziłaby się Pani na zastosowanie tej logiki wobec dziennikarzy. Jeżeli niezależny organ stwierdziłby nierzetelność dziennikarską, czy powinny za tym iść konsekwencje zawodowe? Upomnienie? Obowiązek sprostowania? Zawieszenie prawa do wykonywania zawodu? W skrajnym przypadku jego utrata?
Gdzie powinna przebiegać granica między odpowiedzialnością zawodową a niebezpieczną kontrolą nad tym, kto może wykonywać dany zawód? I dlaczego mielibyśmy wyznaczać ją inaczej dla psychoterapeuty, a inaczej dla dziennikarza?
Oczywiście nie postuluję stworzenia izby dziennikarskiej wydającej licencje na pisanie artykułów. Przeciwnie — sama ta wizja budzi we mnie poważny niepokój. Ale właśnie dlatego interesuje mnie pytanie: dlaczego w jednym przypadku argument „ten człowiek ma ogromny wpływ na innych i może wyrządzić im krzywdę” tak łatwo prowadzi nas do „certyfikujmy i kontrolujmy”, a w drugim natychmiast dostrzegamy zagrożenia związane z tym, że ktoś będzie decydował, kto jest „prawdziwym” przedstawicielem zawodu?
Jeżeli wymagamy dowodów — wymagajmy ich od wszystkich. Jeżeli badamy skuteczność — badajmy również brak skuteczności i działania niepożądane. Jeżeli wymagamy od terapeutów świadomości własnych doświadczeń i uprzedzeń — pytajmy o nią również ludzi, którzy ich publicznie oceniają.
A jeżeli naprawdę chcemy rozmawiać o bezpieczeństwie osób korzystających z psychoterapii, nie sprowadzajmy tej rozmowy do wygodnej wojny między „nauką” a „dzikim zachodem”. Bo rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana

